Amerykańskie Parki Stanowe i Narodowe mają w ofercie Junior
Ranger Program, czyli specjalne zajęcia dla dzieci w wieku od 6 do 12 lat. Są
to dwie podobne, ale nie jednolite propozycje. Nasze dziewczyny postanowiły
wziąć udział w tych zajęciach. Założenie jest proste – dzieciaki biorą udział w
krótkich (ok. 20-30 minut) zajęciach prowadzonych przez parkowego rangera,
potem rozwiązują książeczki z zadaniami i otrzymują nagrody – odznaki rangera,
ołówki, plakietki-naszywki itp. Jeżeli odwiedzają kilka parków, mogą
uczestniczyć w zajęciach na kolejnych poziomach trudności. Zajęcia są bezpłatne
i mogą w nich uczestniczyć również obcokrajowcy. Dla nas to świetna sprawa –
dziewczyny uczestniczą w zajęciach w języku angielskim, dowiadują się wielu
ciekawych informacji (my również!) i są przeszczęśliwe, że stały się rangerami.
Nasze rangerki, to Rita (uczestniczy w programie trochę nielegalnie, nie ma
przecież jeszcze 6 lat), Hania i Zosia. Klara pomaga trochę Ricie i Hani (jako
tłumacz). Na zajęciach w Oregonie dotykaliśmy skór koguarów (cougar – po polsku
chyba puma, tu mówią jeszcze mountain lion), skunksa, szarego lisa (który
potrafi się wspinać po płotach) i szopa pracza. Widzieliśmy też czaszki tych
zwierzaków i na podstawie ich uzębienia musieliśmy je zakwalifikować do wszystkożerców, mięsożerców lub
roślinożerców. Na koniec rozmawialiśmy jeszcze o niedźwiedziach i wilkach,
które również mieszkają w Oregonie (choć podobno nie jest ich wiele) padło
pytanie – A jakie groźne zwierzęta
mieszkają w waszej okolicy? – no i się zafrasowaliśmy, bo przyszły nam do
głowy tylko dziki… Nasze mitalowe rangerki zostały również wyedukowane w
zakresie ekologii. Dzielnie patrolowały kemping i zbierały (nieliczne)
pozostawione samopas śmieci. Edukację rangerów mamy zamiar kontynuować w
kolejnych parkach.
piątek, 15 lipca 2016
Kamperowe życie
Siedem osób – w tym jedna raczkująca z pretensjami do
chodzenia - zamieszkują na ponad dwa
miesiące w 31 stopowym (czyli około dziesięciometrowym) kamperze. A tam
wszystko maksymalnie zminiaturyzowane i poupychane – kibelek, prysznic, mało
miejsca na ubrania, stół, który nocą staje się elementem jednego z łóżek,
trzypalnikowa kuchenka gazowa i trzy garnki oraz dwie patelnie. Zastawa stołowa
w ilości minimalnej – po sześć talerzy, kubków, miseczek. Trochę więcej
sztućców, ale tylko dlatego, że zabraliśmy je z Polski, jeden ostry nóż (nasz).
Brak intymności – jesteśmy właściwie ciągle razem. No i te nasze charaktery. Ja
jestem furiatką, Krzysiek jak się wkurzy, to milczy i zabija wzrokiem, Rita i
Hanna często się biją, Janek walczy o przestrzeń do raczkowania, Zofia i Klara które
mają swoją dziuplę – miejsce nad kabiną kierowcy – starają się tam ukryć i nie
dopuścić do tej kryjówki młodszych sióstr. Bywa ciężko. Ktoś wymiguje się od
zmywania (rany, zapomniałam, w naszym rv nie ma zmywarki!!!), ktoś wylewa sok
na podłogę, ktoś inny włazi w kałużę z soku butem, następny siada na durszlaku
zadkiem i nie ma już jak odcedzić ryżu … Ktoś komuś podkrada skarpetki, ktoś
gubi kije do wędrowania po górach, ktoś zapomniał kupić masło, ktoś komuś zalał
herbatą pamiętnik, ktoś chce coś sprawdzić w sieci a tu trach – nie ma wi-fi,
amerykańska komórka też nie działa.. Ale… Ktoś obiera ziemniaki, ktoś inny w
tym czasie pichci mięcho, a następny szatkuje warzywa na sałatkę, ktoś komuś
robi herbatę, ktoś wyszukuje w mieście Starbucksa i kupuje kawę, ktoś komuś
pożycza książkę, ktoś wynosi bez poganiania śmieci, ktoś przytula siostrę,
która w nocy walczyła z niestrawnością, ktoś śpiewa Jankowi piosenki i wyucza
go klaskania … A przede wszystkim, COŚ
pcha naszą siedmioosobową zgraję naprzód. Pomimo tych wszystkich
niedogodności i różnic charakterów wzruszamy się oglądając Endavour’a, który
podróżował w kosmosie; przytulamy się do sekwoi i dumamy nad tym jak to sobie
rosła przez 2000 lat; zasłuchujemy w górskim strumieniu; wpatrujemy w
krystaliczne Crater Lake; przyglądamy kolorowym ptakom; gonimy szare wiewiórki;
w Yellowstone podglądamy bizony i niedźwiedzie; uśmiechamy do
Yoshua Tree; zaprzyjaźniamy z Amerykanami i ciągle chcemy jeszcze i jeszcze… Podróżowanie musi mieć oba oblicza – to miłe i
to trudne, inaczej by nas nie kształtowało, nie zmieniało.
Długa droga do Yellowstone
13-14.07.2016
Droga do Yellowstone
Opuszczamy nasz śliczny, pachnący sosnami, zacieniony
kemping i ruszamy na skos przez Oregon, Idaho, do Wyoming, Yellowstone. To
długa podróż, ok. 16 godzin, więc dzielimy ją na dwa dni. Pierwszego jedziemy
przez Oregon – mijamy Klamath Falls (piękne jezioro i pola lawowe oglądamy z
okien kampera), Lakeview, potem wzdłuż Great Sandy Desert opustoszałą drogą nr
395 do Riley, następnie Burns, skręcamy na dwudziestkę i prujemy przez Junturę,
Harper, wzdłuż Gór Truskawkowych (Strawberry Mountains), tankujemy w Vale i o
20.30 jesteśmy w Ontario. Wybraliśmy to miejsce ze względu na Walmarta. Na
walmartowych parkingach można przenocować kamperem. To najbliższy Walmart na
trasie. Wcześniej, jadąc od Klamath Falls jest coraz mniej miejscowości. Oregon
z zielonego, zarośniętego sosnami i cyprysami stanu zmienia się w pustynne i
półpustynne okolice. Mijamy ogromne rancza nastawione na hodowlę bydła. Czarne
krowy wędrują pomiędzy półpustynnymi zaroślami. Mają jednak również do
dyspozycji rozległe pastwiska, które się specjalnie przygotowuje nawadniając
ziemię ogromnymi polewaczkami. Od Lakeview do Riley jadąc wzdłuż pustyni
podziwiamy Hart Mountain wysoką na 2458 m.npm. górę bez czubka jak to mówią dziewczyny. Hart Mountain jest płasko
przycięta i wygląda jak ogromny stół dla wielkoluda. Po drugiej stronie drogi
zaś mijamy Abert Lake- wysychające jezioro, idealne miejsce zamieszkania dla
wielu ptaków. Tafla jeziora niewzruszona, wygląda jak lustro, w którym
przeglądają się chmury. Great Sandy Desert z drogi nie wygląda na bardzo
piaszczystą. Jest raczej zarośnięta półpustynnymi krzaczorami. Po skręcie na
drogę nr 20, za Riley coraz więcej farm, a właściwie ranch (nie używają tu
raczej słowa farm) nastawionych na
uprawy roślin. W okolicach Harper i Vale sporo upraw kukurydzy i zbóż. W
Ontario zjeżdżamy na parking Walmarta, robimy jeszcze szybkie zakupy i
zasypiamy. Dopiero rano zauważamy, że przejechaliśmy strefę czasową i
straciliśmy godzinę. Budzimy się więc w
innej strefie czasowej.
Czternastego lipca opuszczamy Oregon i wjeżdżamy do Idaho.
Oregon, to bardzo „konkretny” stan. Latem ciepły, zimą zaśnieżony –
przejeżdżając mijamy znaki drogowe SNOW
ZONE i informacje o konieczności nałożenia łańcuchów na koła. Dla nas
Oregon, pomimo tego że widzieliśmy również jego pustynne oblicze, będzie się
kojarzył z zielenią ogromnych lasów, polami lawowymi, szmaragdowym Crater Lake
i … samochodami typu pick-up. Lubimy Oregon.
Podróż po południowym Idaho strasznie się nuży. Za oknem
żółto – spalone słońcem łąki i góry. Poza nimi wyrwane przyrodzie ludzkie
uprawy. Wyrwane, bo cokolwiek rośnie jedynie na nawadnianych terenach. Po kilku
godzinach krajobraz się zmienia z rolniczego na przemysłowy a my wciąż na
międzystanowej autostradzie. Patrzę na mapę i wiem, że Idaho jest ciekawsze na
północy, ale my tam się nie wybieramy. Jedziemy i jedziemy. W końcu pojawiają
się zalesione górki i pierwsze znaki na Yellowstone West Entrance. Mija jeszcze
duuużo czasu zanim znajdziemy się w parku. Śmigniemy jeszcze skosem przez
Montanę, wpadniemy do Wyoming, zetniemy kawał parku i znajdziemy się w końcu,
około godziny 18.50 w Fishing Bridge na naszym kampie. A po drodze … Nie uwierzycie,
ale po wjeździe do Yellowstone przywitały nas bizony – leniwie przeżuwając
trawę oraz niedźwiedź czarny (black bear), który spacerował sobie po łące
niedaleko drogi. Spacer niedźwiedzia wstrzymał ruch na drodze, każdy MUSIAŁ
zobaczyć zwierzę J
Misiek pochodził, pochodził, zrobił stójkę i zawrócił. NIESAMOWITE!
Subskrybuj:
Posty (Atom)